Kiedy tylko na drogeryjnych półkach pojawiły się kosmetyki Le Petit Marseillais wszyscy oszaleli na ich punkcie i naprawdę niewiele było blogów, na których notki o ich produktach nie było. Jak to było ze mną? Ano tak, że ja na te produkty uwagi nie zwracałam, bo po pierwsze zapasy myjadeł miałam (i nadal mam!) dość spore a po drugie wydawały mi się jakieś nie do końca warte uwagi.
Kiedy jednak stwierdziłam, że mam ochotę na jakąś nowość do mycia i po przejściu połowy Rossmanna stwierdziłam, ze nic dla mnie nie ma postanowiłam dać szansę tej francuskiej elegancji.
Dlaczego brzydki?
No bądźmy szczerzy, opakowania są okropne ;-( ten pomarańczowy wygląda jak cegła z napisami, są nieporęczne, kanciaste i w ogóle nie uderzają w moje poczucie estetyki. Wolę nieco inne opakowania kosmetyków. Muszę przyznać, że rzadko się zdarza by opakowanie mi się nie podobało a tutaj się udało, brawo!;P
Jednak nie szata zdobi człowieka, kosmetyk więc też nie. O opakowaniu zapominam już w momencie otwarcia, ulatnia się bowiem z niego delikatny zapach świeżej, soczystej brzoskwini, który to mnie całkowicie kupił, a raczej ja jego... no albo kupiliśmy się nawzajem ;-)
Nie wiem jak Wy, ale ja naprawdę bardzo niewiele oczekuję od żelu pod prysznic. Moje wyznaczniki? Ma ładnie pachnieć i robić duuużo piany! A ten, no bądźmy szczerzy.. spełnia moje wymagania. Konsystencję ma bardzo fajną, samo przez się, żelową. Bardzo szybko, łatwo i mocno się pieni, dobrze myje. Zapach na skórze utrzymuje się dość długo, choć po pewnym czasie przestaje być tak soczysty i zaczyna robić się nieco chemiczny.
Używam go niecały miesiąc, co prawda nie przy każdym myciu ale często i w sumie nie bardzo odczułam jakiekolwiek zużycie, no może 1/4. Mam opakowanie 400ml.
Jedyne co bym w nim zmieniła to cenę, bo za przeciętne, nie czyniące cudów myjadło w Rossmannie mogę zapłacić 4zł i będę tak samo zadowolona. Ten żel w wersji 400ml kosztuje 14zł, niby niewiele a wiele.
A Wy daliście się skusić Le Petit Marseillais?


