Zaskoczenia małe i duże - kolekcja Q1 2015, Yankee Candle.

No heeej! :-)
Teraz już przesadziłam, wiem... nie było mnie milion lat, ale dzisiaj jestem. Postanowiłam, że dzisiaj już MUSZĘ napisać. Dlaczego? A bo dzisiaj mija 2 lata odkąd założyłam bloga ;-) wiem, że ostatnio go bardzo zaniedbuję i powinnam ten czas skrócić o co najmniej pół roku, no ale... Nie ma się co dziwić, moje dziecko kończy dwa lata, więc przeżywa bunt dwulatka a jego mamusia wraz z nim. Nie będę obiecywać poprawy, bo niewiele to wniesie do rzeczywistości, jak będę pisać to będę pisać. Mam nadzieję jednak, że częściej niż teraz.

No ale o czym ja to miałam... a tak!
Kiedy tylko upewniłam się, że mam odpowiednią ilość gotówki w portfelu i że w Zielonej Mydlarni są już dostępne woski z kolekcji Q1 szybko po nie pobiegłam. :)
W skład kolekcji wchodzą trzy zapachy, każdy można powiedzieć z innej bajki i jak się okazuje bajka w którą najbardziej wierzyłam okazała się bujdą...


Aloe Water - zapach do którego od początku miałam mocno, ale to bardzo mocno sceptyczne nastawienie. Dlaczego? Bo nie bardzo lubię zapach aloesu, a dodatkowo dowiedziałam się, że pachnie arbuzem, którego zapachu już w ogóle nie znoszę. Odpaliłam go jednak jako drugiego, pierwszy był Shea Butter. Ciekawość tego aloesowego arbuza nie dawała mi spokoju. Co się okazało? Nic więcej jak tylko to, że okazał się on być moim ulubieńcem z całej serii. Bardzo odświeżający, wodny, delikatny zapach. Oprócz tego, że faktycznie czuć w nim arbuza to przebija się... ogórek. Do puli szczęścia i zadowolenia z wosku dorzucam, że mały kawałek paliłam 3 razy po kilka razy i za każdym razem dawał tak samo mocno! Ech.. gdyby mnie było stać na świecę. ;-)

Cassis - kolejne zaskoczenie, tyle że... mniej przyjemne a właściwie w ogóle nieprzyjemne. Naprawdę wiązałam z tym zapachem ogromne nadzieje, od początku plasował się na pierwszym miejscu moich chciejstw. Już czułam zapach porzeczek, które naprawdę bardzo lubię. Po zdjęciu folii poczułam jednak tanie mydło, a po odpaleniu? Po odpaleniu nie poczułam prawie nic. Ze świeżych porzeczek nici, z mojej miłości do tego wosku też.

Shea Butter - wosk, który poszedł na pierwszy ogień dzięki mojemu teściowi, bo stwierdził że na sucho ładnie mu pachnie. Towarzyszył mi przy ubieraniu choinki ;-) jest to zapach bardzo ciężki do opisania, może dlatego że nie do końca wiem jak pachnie masełko shea. Jest to na pewno zapach mocno perfumowany, nie pogniewałabym się gdyby tak pachniał jakiś balsam do ciała lub żel pod prysznic ;-) dla niektórych może być zbyt intensywny, bo nawet mnie po pewnym czasie zaczął męczyć.

Jak widać moje oczekiwania znacznie różniły się od tego co YC zafundowało mi na wiosnę. ;-)

A Wy macie chęć na jakieś zapachy z kolekcji Q1? A może już je macie? Co o nich sądzicie?

Do przeczytania, trzymajcie się! ;*

Owocowa rozkosz dla zmysłów. Małpi Gaj, wosk handmade od Scented.pl

Zapracowana blogerka marnotrawna wraca do Was w ten nieco szary, czwartkowy wieczór by podzielić się z Wami porcją soczystych owoców. Niekoniecznie do zjedzenia, choć te są jak najbardziej wskazane, ale do rozkoszowania się ich pięknym zapachem, który skutecznie rozjaśni takie bure, jesienne dni jak dzisiejszy.
Tą przepyszną porcją owoców podzieliła się ze mną Dagmara ze sklepu Scented.pl


Kiedy tylko na facebooku zobaczyłam te maleńkie cuda stwierdziłam, że chcę mieć je wszystkie. Teraz, już, natychmiast... więc nie zastanawiałam się nawet sekundy kiedy Dagmara zaproponowała mi przetestowanie kilku wariantów.
Na pierwszy ogień poszedł Małpi Gaj, który trochę mnie zaskoczył, a raczej ja sama siebie zaskoczyłam podejściem do tego zapachu. Dlaczego? Bo za owocowymi nie przepadam. Jeśli mam być szczera to nie wierzyłam w działanie tych wosków, stwierdziłam że pewnie będą pachnieć albo bardzo krótko, albo bardzo słabo, albo wcale. No cóż... delikatnie mówiąc to się pomyliłam ;-)


Małpi Gaj jest zapachem mocno owocowym, soczystym, wręcz kipią z niego owoce. Bardzo mocno czuć banana, jest on niemalże na pierwszym planie, ale w tle można bardzo dobrze wyczuć między innymi grapefruita, który delikatnie równoważy słodycz banana. Zapach jest nie do opisania, jest tak cudowny i tak naturalny, że gdybym nie wiedziała że to wosk to szukałabym sałatki owocowej w domu.
A jak z intensywnością? Zaskoczyła mnie, jest bardzo dobrze wyczuwalny a przy tym nie duszący, delikatnie wypełnia pokój i otula swoim zapachem.Utrzymuje się w powietrzu naprawdę bardzo długo.


Oprócz Małpiego Gaju w moje ręce wpadły cztery inne woski. Czyż nie są urocze? Teraz w kominku topi się sernik z jagodami o którym też postaram się niedługo napisać.

Kuszą Was takie nowości woskowe? Jeśli tak to możecie je kupić na Scented.pl oczywiście ;-)

PS Fakt iż otrzymałam produkt w ramach współpracy nie wpłynął na moją opinię.

Tu na pierwszym planie czuję świeże pranie. Clean Cotton, Yankee Candle.

Wszystko co dobre szybko się kończy, kończą się więc i woski, które otrzymałam od sklepu internetowego Scented.pl. Zostały mi dwa ostatnie z czego jeden to Spiced Orange a drugi to Clean Cotton, do takiej pogody jaka była dzisiaj  zdecydowanie bardziej pasował mi świeży zapach bawełny niż rozgrzewająca pomarańcza.


Dlaczego skazałam ten zapach na straty i w sumie niewiele się pomyliłam? ;-)
Osoby, które mnie znają trochę lepiej wiedzą jak reaguję na zapach proszku do prania.. wiedzą, że nienawidzę świeżo wypranych rzeczy, nienawidzę stoisk w sklepach z proszkami do prania, duszą mnie i ogólnie gryzą w nos i irytują, wiedziałam więc że eksperyment z tym bawełnianym woskiem nie może się udać!
Miałam jednak jeszcze ciut nadziei, bo wosk Soft Cotton z linii Simply Home przypadł mi do gustu bardzo, bo był taki.. cieplutki i otulający. Jednak ten wosk to zupełnie coś innego, nie jest aż tak praniowy jak Fluffy Towels, ale jest. W tle czuć gdzieś jakąś nutkę cytrusową o ile mnie mój alergiczny nos nie myli, co może trochę ratuje całość, ale nie do końca. Jeśli chodzi o intensywność to jest przeciętna, do killerów to on nie należy, ale jest wyczuwalny, czuć go dość długo w pomieszczeniu nawet po zgaszeniu. Nie jest bardzo zły, pokuszę się o stwierdzenie, że jest przyjemny ale jednak nie są to moje klimaty.
Dla osób rządnych świeżości, zapachu prania i czystego domu to proszę bardzo - kupujcie i nie krępujcie się! Ja jednak podziękuję, choć nie mówię że więcej go nie odpalę, bo czasami i ja mam takie zboczenie, że przez sekund kilka pranie sobie niuchnąć lubię.
Nie muszę Wam przypominać, że wosk ten możecie kupić na stronie sklepu Scented.pl. Skoro jesteśmy już w temacie to pochwalę się, że dostałam propozycję przetestowania wosków handmade właśnie od tegoż sklepu. Nie mogę się doczekać aż dostanę je w swoje łapki, przetestuję no i oczywiście zdam Wam relację!

Piszcie mi szybciutko czy mieliście ten wosk i dlaczego Wam się nie podoba... no albo podoba ;-)

O zapachu doprowadzającym mnie do szewskiej pasji. Wild Passion Fruit, Yankee Candle.

Pewnie już wiecie, a jeśli nie wiecie to Was o tym informuję, że swego czasu otrzymałam pięknie pachnącą paczuszkę od sklepu Scented.pl. Znajdowało się w niej sześć wosków, z czego o trzech Wam już opowiedziałam a o czwartym właśnie zaczynam.
Zapach o którym napiszę dzisiaj jest chyba najbardziej zagadkowym zapachem dla mnie, bo większość albo mi się podobała, albo mi się nie podobała, albo była neutralna a tutaj mam bardzo mieszane uczucia...


Pierwsze co mi się nie spodobało to... jego kolor. Tak, wiem że akurat tutaj kolor ma najmniej do powiedzenia, ale kurcze! Lubię jak wosk kolor ma ładny a tutaj... taki trochę nijaki. Nie bardzo czułam go przez folię i nie wiedziałam czego mam się spodziewać, więc trochę się ociągałam z tym by go odpalić.
W końcu jednak nastał ten dzień kiedy odpalić go postanowiłam, bo wydawał mi się najodpowiedniejszy na tę pogodę (oprócz niego do wypróbowania mam jeszcze Spiced Orange i Clean Cotton), więc wylądował w kominku. Pierwsze wrażenie? Meh, kostka toaletowa! Nie podoba mi się, brzydko, źle! No ale... dajmy mu szansę. Grzał się (i mnie, bo nie lubię toaletowych zapachów), jakieś 20 minut po czym stwierdziłam, że go zdmuchnę, bo.. dusi! Mocny jest skurczybyk, to muszę przyznać ;-) kiedy zaczął wietrzeć ta kostka toaletowa gdzieś się straciła i pojawiła się jakaś dziwna słodycz. Myślę sobie, że fajnie, podobuje mi się. Odpaliłam i... znowu kostka! O cholera, tak się nie będziemy bawić! Zgasiłam... nie odpaliłam już. Kiedy obudziłam się rano znów czułam tę dziwną słodycz z cytrusową nutą.  Ciągle ją czuję, choć od odpalenia minęły 24 godziny.
No i co ja mam powiedzieć? Dziwak, ale ciekawy.
Ten i wiele więcej zapachów możecie kupić oczywiście w sklepie Scented.pl

Mieliście może ten zapach? Jak Wam się podoba?

PS Fakt iż otrzymałam produkt w ramach współpracy nie wpłynął na moją opinię ;-)

Ratunku, pomocy, duszę się! Beach Flowers, Yankee Candle.

W zeszłym tygodniu nie było pachnącego posta. Nie wiem czy to z lenistwa czy z zapracowania (czyt. z lenistwa). ;-D teraz się pojawia znów. To już kolejny wosk, który otrzymałam dzięki współpracy ze sklepem Scented.pl
Były takie woski, które mieć chciałam bardzo, były też takie, które omijałam, bo wiedziałam, że mi się nie spodobają. No i były też takie, które były mi całkowicie obojętne. Ten o którym napiszę dzisiaj właśnie taki był. Nie słyszałam o nim nic jeśli mam być szczera więc nie do końca wiedziałam jak mam się nastawiać.


Czego spodziewałam się po tym zapachu? Na pewno pewnego rodzaju świeżości, w końcu to miały być kwiaty w dodatku na plaży. Jak okazało się już niedługo po odpaleniu, ten wosk ze świeżością nie miał nic wspólnego, naprawdę!
Dałam go niewiele, zawsze daję niewiele, bo wolę dorzucić niż się udusić. Tutaj nie pomogło nawet wrzucenie niewielkiej ilości wosku. Po około 10 minutach musiałam zgasić, bo nawet nie mogłam powiedzieć co czuję, po prostu mnie... przydusiło. Kiedy już zgasiłam i otworzyłam okno, kiedy wosk zaczął wietrzeć poczułam kwiaty, z racji tego, że na kwiatach się nie znam niewiele mogę powiedzieć, ale ja czułam konwalie ;-D z ciekawości weszłam na stronę by poczytać opis producenta i dowiedziałam się, że powinnam spodziewać się wodnej mgiełki. Czekałam na nią dobrych kilka godzin i zrobiła mnie w ch... konia, bo nie przyszła. Cóż, biednemu zawsze wiatr w oczy, a raczej zapach, kwiatowy, mocny i duszący, bo moje oczy też na tym ucierpiały. ;-( zapach jest piękny kiedy już wywietrzeje, czuć te kwiaty (podobno lilie!), ale zaraz po odpaleniu nie da się wysiedzieć. Jak tylko próbowałam go odpalić to gasiłam, bo myślałam, że nie zniese ;-D co najlepsze... po trzech dniach wypalania pachniał praktycznie tak samo. Potrzebowałam odmiany i zapaliłam Mandarin Cranberry, który czułam, ale bardzo słabo, bo ciągle czuć było te nieszczęsne kwiaty!

Myślę, że na dużych powierzchniach sprawdziłby się super, lub kiedy dalibyśmy go naprawdę niewiele ;-) jeśli  jesteście fanami tak mocnych doznań to pewnie by się Wam spodobał. Zakupić go możecie na przykład w sklepie Scented.pl.

Lubicie takie killery? Mieliście go? ;-) 

Prawdziwie rajska uczta dla zmysłów. Paradise Spice, Yankee Candle.

Przychodzę do Was z postem, choć ostatnio mam jakiś blogowy kryzys, w ogóle mam kryzys wszystkiego! Kryzys włosowy, paznokciowy i chyba kryzys wszystkiego, ale jakoś się zmobilizowałam (nie mylić ze zmusiłam!) i skrobię dla Was posta, jak to przystało na poniedziałek - dzisiaj coś o pięknych (choć nie zawsze) zapachach.


Postanowiłam dzisiaj dorzucić kilka słów od siebie o zapachu Paradise Spice od Yankee Candle. Z racji tego, że w wosku miały być wyczuwalne banany długo się wahałam czy go kupić, ale w końcu ciekawość zwyciężyła i to małe cudo trafiło w moje ręce.
Już kiedy go odpakowałam wiedziałam, że przynajmniej się zaprzyjaźnimy! Kiedy wrzuciłam go do kominka, w ciągu kilku minut pomieszczenie wypełnił zapach bardzo słodki, kremowy, ale nie taki nijaki słodki ulepek, bardzo wyrazisty, z mocną nutą goździków, szczyptą cynamonu, ale jednocześnie słodyczą przypominającą karmel. Banana nie czuję w tym ani trochę - na całe szczęście! Jeśli ktoś z Was miał kosmetyki do ciała z karmelowo-cynamonowej serri Farmony, to ten wosk do złudzenia przypomina mi ich zapach!
Jego intensywność jest taka jak lubię, czyli ani zbyt mocna, ani zbyt słaba. Idealnie wypełniła każdą część mojego pokoju, jednocześnie nie przyprawiając mnie o duszność i ból głowy, dodatkowo długo utrzymywał się w pomieszczeniu!
Miałam nawet ochotę na tę rajską świecę, bo zapach jest niesamowity i bardzo mój, ale akurat nie było jej na stanie ;-) kiedyś nadrobię.

Mieliście ten wosk? Jeśli nie, to myślicie, że by Wam się spodobał? 

Może i słodkie, ale czy świeże? Sweet Apple, Yankee Candle.

Przy którymś poście pisałam Wam, że w ramach współpracy ze sklepem Scented.pl otrzymałam sześć wosków, o zapachu Vanilla Lime już pisałam, teraz przyszła pora na Sweet Apple, jest to wosk z najnowszej kolekcji Q2.


Już przez folię czuć było zapach tego wosku, można się było domyśleć, że będzie dawał popalić. Zapakowany był mocny, ale o dziwo nie czułam w nim żadnego jabłka, sama nie wiem co czułam. To co zauważyłam otwierając go, to świeżość, świeżość wosku rzecz jasna ;-) było widać, że jest nowy, wosk był zbity, trochę jakby wilgotny, nie kruszył się, naprawdę super! Wszystkie woski mogłyby takie być.

Po odpaleniu zapach uderzył mnie od razu, bardzo intensywny jest skurczybyk! No i właśnie tu zaczynają się schody.. jak pachnie? Z daleka pachnie jak ciasto jabłkowe, ale takie bez cynamonu, posypane cukrem, słodkie i niezwykle aromatyczne, ale kiedy podchodzimy bliżej czujemy jabłko, ale takie... stare, stęchłe, leżące w piwnicy od wieków, nie czuć już wtedy słodyczy, ani ciepła, czuć stare jabłko. Jest bardzo intensywny i wydajny, dałam go bardzo mało, paliłam około 4 godzin, pachniał ciągle tak samo, po zgaszeniu po południu, rano ciągle czuć go było tak mocno jakby ciągle się palił. Teraz pali mi się już 2 godziny (+4 wczoraj) i wosk ni trochę nie zelżał. ;-)
Gdyby tylko ciągle pachniał tak jak pachnie z daleka to byłby to mój ulubieniec, ale zważając na to jak pachnie z bliska spada nieco niżej, bo to w ogóle mi się nie podoba.. ;-(
Wosk oczywiście możecie kupić w sklepie Scented.pl.

Mieliście ten zapach? Jak Wam się spodobał? ;-)

Kwiaty muskane wiatrem z nutą wanilii. Black Plum Blossom, Yankee Candle.

Zastanawiałam się o którym wosku napisać, zawsze się zastanawiam długo nad tematem posta, bo oprócz tego, że chcę napisać o tym o czym napisać chcę, to chcę by posty Was interesowały. Zawsze bardzo pożądane są nowości, ten zapach całkowitą nowością nie jest, ale pochodzi z kolekcji Q2, więc z ostatniej. Oprócz Black Plum Blossom z kolekcji Q2 mam jeszcze Sweet Apple, o którym postaram się napisać w następnym tygodniu. Póki co szukam ładnych jabłek do zdjęcia :-P


Pierwsze co mnie niezwykle zauroczyło w tym wosku, jeszcze przed powąchaniem to jego kolor, jest taki inny od innych :-) nieco wyłamuje się spoza pozostałych wosków YC, patrząc na niego (i wąchając), chętnie przytuliłabym świecę.
Jednak nie kolor a zapach w woskach jest najważniejszy, ten jest niezwykle ciekawy, ciepły i otulający. Prawdę mówiąc spodziewałam się czegoś innego, znacznie bardziej świeżego i kwiatowego, ten nie pasuje mi do lata, bardziej do jesieni. Mimo tego, że nie pasuje do kolekcji letniej to jest cudowny. Wielowymiarowość nie przestaje mnie zachwycać, w jednej chwili czujemy muśnięte wiatrem kwiaty, zaraz perfumeryjność białego piżma a między tym wszystkim przeplata się wanilia, taka słodka, ale delikatna, dopełniająca całość. Jest to zapach absolutnie cudowny, uzależniający! Jego intensywność jest równie idealna jak on cały, bardzo wyraźny lecz nienachalny, czuć go z daleka, ale nie powoduje kręcenia w nosie (no chyba, że moje nozdrza drżą z rozkoszy). Zapach utrzymuje się w powietrzu bardzo długo, kiedy odpalam go wieczorem to rano jest on nadal bardzo wyczuwalny.
Na pewno będzie idealny dla wielbicieli zapachów słodkich i perfumeryjnych. ;-)

Co sądzicie o tym zapachu? Czujecie się skuszeni? 

Zapach cytrusów to nie zawsze zapach taniego odświeżacza powietrza. Vanilla Lime, Yankee Candle.

Nareszcie pogoda wróciła do normy i można powiedzieć, że mamy maj! Dodam, że maj jest dla mnie wyjątkowo dobry, bo wpadło w moje łapki kilka paczuszek z samymi cudownościami. ;-)
Jedną z takich paczek jest paczka, którą otrzymałam w ramach współpracy ze świeżutkim sklepem Scented.pl. Jest to sklep internetowy, w którym znajdziecie same cudowności od Yankee Candle i Kringle Candle. W ramach współpracy otrzymałam sześć wosków, które sama mogłam sobie wybrać.
Jednym z nich był ten o którym dzisiaj napiszę. Poszedł na pierwszy ogień, ponieważ byłam go najbardziej ciekawa spośród wszystkich innych. Oprócz Vanilla Lime do pachnącego pudełka wpadły woski: Sweet Apple, Beach Flowers, Clean Cotton, Spiced Orange i Wild Passion Fruit.


Do kupna tego zapachu przymierzałam się niejednokrotnie, jednak zawsze jakoś mi nie było po drodze, bo obawiałam się tej cytrusowej nuty. Jednocześnie mocno kusiła mnie wanilia (o zapachach waniliowych pisałam już dwa razy, Vanilla Satin i Vanilla Cupcake) i odpychała wizja tej limonki.
Z racji tego, że ten zapach był bardzo intrygujący poszedł na pierwszy ogień. Czuć go niemalże od razu po wrzuceniu do kominka, jest to zapach bezpośredni, trochę "narzucający się". Pierwsze co w nim czuć to o dziwo wanilia! Bardzo ładna, taka aksamitna, ciepła, mocno słodka, ale po chwili wkrada się kwaskowata nuta limonki, która nadaje zapachowi wielowymiarowości. Tej wanilii brakowało mi w poprzednich waniliowych zapachach YC. Jednak jest jeden spory minus tego naprawdę ładnego zapachu, jest tak intensywny, że po chwili robi się ciężki i męczący. To wosk, który zaliczyć mogę do najmocniejszych wosków ze wszystkich jakie mam.
Niemniej jednak na chwilę jest bardzo ładny. Sprawdzi się też na pewno w dużych pomieszczeniach, bo w moim małym pokoiku nie ma zbyt dużego pola do popisu.
Jeśli są osoby, które mają chęć na ten zapach, ale tak jak ja boją się kostki do WC to mówię od razu, nie ma się czego bać. ;-)

Macie ten zapach? Jak Wam się podoba? 

PS Przypominam, że aby być ze mną na bieżąco możecie lubić mnie na facebooku i zafolołować na instagramie. Codziennie porcja nowych zdjęć i informacji na bieżąco! ;-)

Czemuż mnie tak irytujesz wanilio satynowa? Vanilla Satin, Yankee Candle.

Cześć Kochani.
Pytałam Was na fejsbuczku o jakim zapachu chcielibyście dzisiaj przeczytać. Odpowiedzi nie uzyskałam, więc postanowiłam decyzję podjąć sama. W sumie pomógł mi mój kominek, który odpaliłam myśląc, że jest w nim jakiś stary wosk a okazało się, że w sumie był tam tylko na chwilę odpalony zapach Vanilla Satin. Z racji tego, że nie wyrzucę czegoś co jeszcze pachnie postanowiłam o nim napisać.


Kocham wanilię miłością wielką, ogromną i nieskończoną, na sam dźwięk słowa wanilia robi mi się cieplej, z tegoż powodu kupiłam ten wosk. Przez pierwsze kilka minut palenia czuję wanilię, delikatną, ciepłą i kremową. Wręcz się przy niej rozpływam. Szkoda, że trwa to dosłownie kilka minut, później pojawia się jakaś nuta, taka gryząca i trochę nie pasująca do całej kompozycji. Przełamuje tę słodycz i trochę niestety ją szpeci. Drażni mnie ona, gryzie w gardle. 
Zapach jest bardzo intensywny, czuć go bardzo szybko, mocno i niezmiernie długo wisi w powietrzu. Dla wielbicieli tego zapachu na pewno jest to dużym plusem, dla mnie niestety nie. :-( 
Wiem, że miłośniczek tego zapachu jest dużo, ja do nich niestety nie należę. Nie jest on odrażający jak na przykład Snow in love, ale nie zagości u mnie na długo (z resztą ponoć go wycofują).
Moje podsumowanie, ten wosk jest jak Miriam, wszystko pięknie a tu... 

Na koniec przypominam o ankiecie, wypełniając ją pomożecie mi zebrać kilka informacji na temat mojego bloga, znajdziecie ją klikając TUTAJ. 

Ściski gorące w ten chłodny wieczór! ;-*

Dziwny, cukrowo-miętowy twór. Peppermint Kiss od Kringle Candle.

Cześć!
Z racji tego, że były święta, w tamtym tygodniu nie pojawił się post z pachnącego pudełka. W tym tygodniu wróciliśmy już do rzeczywistości i post się pojawi(a).
Nie wiem jak Wy, ale ja lubię pisać o tym co wzbudza we mnie silne emocje (tak! kosmetyki mogą wzbudzać emocje). Takie dziwne i trochę sprzeczne uczucia wzbudził we mnie wosk o zapachu Peppermint Kiss od Kringle Candle.


Nie wiem czy tylko mi się tak wydaje, czy tak po prostu jest ale to zapach jeden z tych, które się albo kocha albo nienawidzi. Jest... dziwny.
W pierwszy momencie jak go powąchałam od razu wiedziałam, że to nie to. Po odpaleniu tylko się upewniłam.To co czuć na pierwszym planie to cukier, ale nie taki słodki, tylko taki mdły, mulący, nijaki, niby wyrazisty ale czegoś mu brakuje. Na drugim planie jest mięta, ale nie taka świeża, tylko taka z gum do żucia, pasty do zębów, gdzieś na samym końcu wyczuwalna jest cytryna.
Nie mogę znieść tego zapachu, jest tak mdły i po prostu.. śmierdzący, że nie da się wytrzymać. Moja siostra kiedy go czuje mówi, że pachnie pastą do zębów. Ja odbieram go jako garnek cukru wymieszany z listkiem gumy do żucia i kroplą cytryny. 

Miałyście ten wosk? A może Was zainteresował? 

Pozdrawiam.

PS Przypominam o ankiecie. Znajdziecie ją tutaj klik klik.

Trzy razy nie dla Beach Wood, Yankee Candle.

Witajcie!
Dzisiaj, jak to w poniedziałek przyszedł czas na coś dla duszy. Choć zapach, o którym napiszę dzisiaj nie do końca będzie dobry dla ducha, dla ciała z resztą też nie.


Naczytałam się na temat tego wosku bardzo dużo dobrego, same zachwyty, pochwały, pozytywne recenzje. Myślałam wiec, że i u mnie się sprawdzi, że będzie kolejnym woskiem nad którym moje zachwyty nie będą miały końca. Pewnego pięknego dnia postanowiłam więc odpalić ten cud... i właśnie tu miało miejsce mocne zderzenie oczekiwania vs rzeczywistość.
W pierwszym momencie poczułam sól, ale taką okropną, złą, miażdżąca, brr okropieństwo! Chwilę później jednak sól zelżała a jej miejsce zajął zapach stęchlizny, starej, zawilgłej, sto lat niewietrzonej piwnicy. Po prostu coś okropnego. Wiem, że to drewno na plaży, wiem, że skoro na plaży to pewnie wilgotne, ale aż tak? Chyba nic więcej na jego temat powiedzieć nie mogę, dla mnie po prostu śmierdzi!
Niestety jest to jeden z trzech zapachów, które na kilka dni skutecznie obrzydziły mi odpalanie wosków YC. Jest to zapach "olejowy" czyli taki, którym pozbywam się niechcianych zapachów kuchennych.

Miałyście ten wosk? Spodobał Wam się czy może miałyście podobnie jak ja?

Pozdrawiam!

PS Małe ogłoszenie parafialne. Z góry bardzo Was przepraszam za jakość starszych zdjęć wosków, niektóre kupiłam kilka miesięcy temu, a wtedy moje zdjęcia wołały o pomstę do nieba. A niestety wiadomo jak to jest z woskami YC. Jak już otworzymy to zbyt ładnie nie wyglądają. Więc zdjęcia robione na bieżąco na pewno postaram się robić jak najładniejsze, a te starsze jakoś musimy znieść.

Słodycz nad słodycze, czyli Honey Blossom od Yankee Candle.

Cześć!
Nie wiem czy wiecie, ale postanowiłam nieco zmienić tryb pisania notek, postanowiłam pisać 5 postów tygodniowo, każda notka w pewnej "kategorii". Poniedziałek, jako że dzień znienawidzony przez wszystkich mianowałam go Poniedziałkiem dla duszy. Czyli w każdy poniedziałek raczyć Was będę recenzją któregoś z wosków z mojej skromnej kolekcji. Wosków mam ponad 40, więc jeśli miałabym pisać o każdym z nich raz w tygodniu to mam zapas na poniedziałkowe notki na ponad 9 miesięcy.

Dzisiaj już ostatni dzień marca, miesiąca w którym jednym z dwóch zapachów miesiąca był Honey Blossom. To właśnie on będzie bohaterem dzisiejszej notki.


Już po samej nazwie wnioskować możemy z czym będziemy mieć do czynienia. Dlatego właśnie mi się spodobał, uwielbiam słodkie zapachy. Teoretycznie jest to zapach kwiatowy, choć kwiaty w jakimś stopniu są wyczuwalne, nie są motywem przewodnim. Miodowe kwiecie, jest zapachem mocno słodkim, po pewnym czasie ciężkim. Miałam kiedyś bardzo podobne perfumy, które na dłuższą metę były nie do zniesienia, nie dla mnie ale dla osób, które mnie otaczały.
Miód obecny w tym wosku zdecydowanie przytłacza aromaty kwiatowe i o dziwo mi się to podoba. Może dlatego, że ja po prostu nie przepadam na kwiatowymi zapachami? Jest to wosk, który unosi się w powietrzu po zgaszeniu jeszcze bardzo długo, osoby którym się nie spodoba moją mieć z nim problem, bo bardzo ciężko go wyrzucić z pomieszczenia.
Wosk podczas palenia jest niesamowicie intensywny, czuć go jeszcze przy trzecim paleniu (każde po ok 5 godzin), gdzie daję go naprawdę niewiele. Osoby, które nie lubią mocnych, słodkich zapachów może przyprawić o mdłości. Najgorsze jest w nim to, że nie można go do niczego porównać, a przynajmniej ja nie potrafię. Z innymi zapachami nie mam takiego problemu, a tu mogę powiedzieć jedno, jest okropnie mocny i jeszcze bardziej słodki.

Miałyście ten wosk? Jeśli tak, co o nim sądzicie? Jeśli nie, kusi was czy wręcz przeciwnie? 

Pozdrawiam!

Prawdziwie różana przyjemność. Nantucket Rose od Kringle Candle.

Witajcie Kochani!
Jakiś czas temu wzięłam udział w konkursie na fanpage'u sklepu internetowego Zapach Domu, w którym do wygrania była pachnąca niespodzianka. Niezwykle się cieszę, że udało mi się konkurs wygrać i kilka dni po ogłoszeniu wyników przyszła do mnie paczuszka z 5 zapachami Kringle Candle. Jednym z takich zapachów był zapach Nantucket Rose. Zapach, który w sumie od razu z góry przekreśliłam, bo fanką kwiatowych a tym bardziej różanych zapachów to ja nie jestem. Ale dałam mu szansę.


Tak bardzo jak byłam do niego nastawiona negatywnie tak bardzo zauroczył mnie przy pierwszym paleniu. Kiedy powąchałam go na sucho spodziewałam się typowego zapachu odświeżacza do powietrza, sztucznego, chemicznego i nie mającego nic wspólnego z prawdziwymi kwiatami. Dlatego moje zdziwienie było ogromne kiedy przy pierwszy paleniu zamiast poczuć natychmiastowe uderzenie chemii poczułam delikatnie uwalniającą się woń świeżych kwiatów.
Nie jest to zapach typowo różany, jest to mieszanka kwiatowa. Zapach jest niemalże identyczny jak ten charakterystyczny dla każdej kwiaciarni, taki kwiatowy, świeży, przyjemny i w jakiś sposób ciepły. Nie ma w nim żadnej sztuczności, żadnej chemii, nie jest w żaden sposób perfumeryjny.
Zapach utrzymuje się bardzo długo, przez pierwsze dwa palenia był tak samo intensywny (a dałam go naprawdę niewiele), przy trzecim paleniu ciągle był wyczuwalny, ale już nie tak intensywnie. Bardzo szybko roznosi się po pomieszczeniach, wypełnia całe mieszkanie, ale nie jest męczący i nachalny.

Dla każdej wielbicielki kwiatowych zapachów będzie idealny, skoro ja taka antykwiatowa dałam się zauroczyć.

Miałyście ten wosk? Lubicie kwiatowe zapachy?

Pozdrawiam!

Kringle dusiciel, czyli 'deszczowy dzień'.


Cześć!
Mój blog płacze, bo go zaniedbuję, bo nie mam czasu, nie mam pomysłów, mam za mało kosmetyków i nigdy nie zdążę zrobić zdjęć przy świetle dziennym.
Dzisiaj będzie o wosku, bo to jedyne rzeczy o których mogę napisać kiedy nie mam o czym pisać, bo to jedyne obiekty, które fotografuję od razu po otrzymaniu więc zawsze mam ich zdjęcia.

Dzisiaj będzie o zapachu, który jest cudowny i mocny, chyba aż za mocny...


Na Kringle skusiłam się już jakiś czas temu, przy jednym z pierwszych zamówień jakichkolwiek wosków. Pierwszy zapach pokochałam tak bardzo, że zapragnęłam mieć kolejne. Mam dopiero 4, bo jednak cena (11-13zł)  jest dość wysoka w porównaniu z woskami YC.

Zachwycona woskiem November Rain postanowiłam pójść w deszczowe zapachy. Skusiłam się na Deszczowy dzień od Kringle.
Wygląda przepięknie, ogólnie opakowania wosków Kringle są piękne. Na sucho pachniał bardzo przyjemnie, od razu się w nim zakochałam, świeżość, naturalność, wyraźny ozon. Chwilę jednak zwlekałam z jego odpaleniem.

Nadszedł jednak ten cudowny dzień i trafił on do mojego cudownego kominka. Jeszcze dobrze się cały nie roztopił a już czuć go było w całym pokoju. 10 minut później zajął całe piętro, po kilku minutach parter a jeszcze później... piwnicę. Czuć go było wszędzie, po prostu wszędzie! Po pół godziny zgasiłam podgrzewacz i... otworzyłam okno. Gryzły mnie oczy, kręciło w nosie. Wietrzenie nie pomogło. Nadal go czułam. Na drugi dzień też. Czułam go we włosach, w pościeli. Wszędzie. Jeszcze nigdy nie spotkałam takiego killera!
Wiem, że dałam go zdecydowanie za dużo, dzisiaj naprawiłam swój błąd, dałam go mniej i nadal pachnie okropnie mocno, nadal czuć go nawet w piwnicy, ale nie gryzie, nie kręci, nie drażni. Jest...

No a jak pachnie? Pachnie świeżością! Nie jest to co prawda naturalny zapach jak wydawałoby się na sucho, jest dość perfumeryjny, chyba nawet bardzo perfumeryjny. Jedyne co w nim czuję naturalnego to ozon. Zapach parującej ziemi po deszczu, ale to tylko jedna nuta, którą da się wyczuć kiedy zapach już zaczyna znikać. Szczerze przyznam, że polubiłam go, mimo pewnego rodzaju sztuczności, której w innych woskach nie czułam i mimo intensywności, która dusi i zabija. Kiedy się skończy (a CZUJĘ, że to nastąpi nieprędko) na pewno kupię ponownie.

Miałyście woski Kringle?

Pozdrawiam!

Czarny kokos, słodki kokos... Black Coconut od YC.

Cześć!

Miałam niby dzisiaj w planach napisać notkę, ale jakoś brakło mi czasu, później chęci. Teraz tak sobie siedzę, odpaliłam wosk (o którym dzisiaj będzie mowa) i myślę, że coś by napisał, ale nie bardzo miałam możliwość (kiepskie światło) robić teraz zdjęć do notki więc wykorzystam to co mam..

No to dzisiaj znów o wosku Yankee Candle, tym razem Black Coconut.


Tak wiem, że to zdjęcie też jakością nie grzeszy, ale mój aparat miał wtedy chyba jakiś słabszy dzień.

Po pierwsze wosk ma cudowny kolor! Z jednej strony wolę białe woski, bo się kominek tak nie brudzi, jak nie doczyszczę to nie widać i w ogóle, ale jak ładnie taki kolorowy wygląda! No i zdjęcie dla Was lepiej zrobić, białego właściwie nie widać. Lubię takie kolorowe woski.


Palę go drugi raz. Pierwszego nawet nie pamiętam i w sumie nie ma co się dziwić... Zapach nie jest jakoś bardzo chwytliwy. Jest bardzo delikatny, czuć go wyraźnie, ale nie dusi, nie dławi, mój nos nie prosi żebym natychmiast zgasiła świeczkę. Jest przyjemny, bardzo. Nie czuję w nim nic innego jak tylko kokos. Czysty, naturalny, delikatny i słodki kokos. Mi pasuje chociaż wolę naprawdę mocne zapachy. Na miły wieczór z książką i ciepłą herbatą jest super. Czuć w nim takie ciepło i spokój. Jestem bardzo na tak chociaż moim ulubionym na pewno nie jest.

A Wy miałyście ten wosk? 

Pozdrawiam!

Miłości to z tego nie będzie, czyli 'Snow in love' od YC.

Cześć!
Dzisiaj znów będzie niekosmetycznie. Jak wiecie, także mnie ogarnął yankeeholizm. Jednak nie wszystkie zapachy są takie piękne jak mogłoby się wydawać.
No i właśnie z takim koszmarkiem dzisiaj do Was przychodzę. Tak w ogóle to miałam pisać dzisiaj notkę o całkiem czymś innym, ale jestem zła, wkurzona i wszystko jest niedobre to i notka pochwalna nie będzie, a co!


Wygląda pięknie, jak wszystkie woski YC z resztą. No ale jeśli chodzi o zapach to już tak pięknie nie jest.
Kiedy tak go odpaliłam przyszło mi na myśl jedno.

Wyobraź sobie, że jest środek stycznia (w sumie tego sobie nie musicie wyobrażać, ale wyobraźcie sobie, że to taki zimowy, śnieżny styczeń a nie wiosenny), jesteś zmęczona, jest wieczór, ciemno, czujesz jak mróz delikatnie szczypie Cię w nos, ale wiesz że jeszcze kilka kilka kroków i będziesz w domu, będzie ciepło i przyjemnie. Stawiasz nogę na pierwszym stopniu schodów, później na następnym i kolejnym aż tu nagle poślizgujesz się i zjeżdżasz w dół lądując twarzą w ogromnej zaspie. Śnieg wpada Ci za kołnierz, wpada Ci do ust, do nosa, wszystko Ci zamarza, w pewnym momencie czujesz ten śnieg nawet w mózgu. Dusi Cię, mrozi i masz ochotę uciekać. Już. Teraz. Natychmiast. *

* nie odpowiadam za uszczerbki psychiczne po przeczytaniu próbki mojego pseudopisarstwa

No i mniej więcej właśnie czuję się podczas palenia tego wosku. Jest okropny, ciężki, zimny i mrożący wręcz. Na początku jest super, jest delikatny, nawet przyjemnie, chłodno, ale z każdą sekundą staje się coraz bardziej nieprzyjemny a kiedy osiąga punkt kulminacyjny jest wręcz nie do zniesienia i mrozi wszystko co się znajduje w jego zasięgu.

Chciałam zrobić dla Was zdjęcie jak wygląda w kominku, jak się roztapia i tak dalej. Bardzo Was lubię, szanuję i doceniam, ale jednak swój nos nieco bardziej. Mea culpa! Przepraszam. Wybaczcie.
Jest to chyba drugi wosk Yankee Candle z którym się nie polubiliśmy, na 21 palonych to i tak całkiem niezły wynik.

Miałyście ten wosk? Co o nim sądzicie?

Pozdrawiam!

Taki deszcz to ja rozumiem! November rain od YC.

Cześć!

W ten grudniowy dzień postanowiłam napisać o listopadowym deszczu. Zastanawiałam się trochę czy pisać zbiorowe notki o zapachach czy pojedyncze o każdym. Stwierdziłam, że nie mam wosków aż tak dużo i raz na jakiś czas nie zaszkodzi poświęcić każdemu z nich pięć minut.

Dzisiaj będzie o moim ulubionym wosku póki co. To pierwszy wosk jaki odpaliłam i po kilku minutach pokochałam go bardzo, bezwarunkowo i chyba na zawsze.



Jak pisałam w poście o moich pierwszych woskach, tarty wydawały mi się bardzo małe i zupełnie niewydajne. Jakie było moje zaskoczenie kiedy po ułamaniu 1/5 wosku zapach w ciągu kilkunastu minut wypełnił całe pomieszczenie, później kolejne i jeszcze jedno. Czuć było go w całym domu!
Taką 1/5 wosku paliłam na dwa razy. Później już bardzo słabo go czuć i trzeba wymienić.
Przy następnym zamówieniu na pewno wezmę go znowu.


Mniej więcej tak wygląda roztapianie się wosku. Ja wrzucam na rozgrzany już kominek. Między pierwszym a ostatnim zdjęciem jest ok 10 minut.

Jak pachnie November Rain? 

Pachnie cudownie! Jak mocne męskie perfumy, jednak nie jest to zapach duszący, ma w sobie coś świeżego, jakąś nutkę ozonu, dzięki której balansuje między intensywnością i siłą tego zapachu a jego delikatnością.

Zapach jest najintensywniejszy ze wszystkich jakie paliłam do tej pory. Mimo, że po nim w pokoju palony był jeszcze Midnight Jasmine, Fruit Fusion i Vanilla Cupcake to wchodząc do pomieszczenia ciągle czuję NR.

To mój numer jeden póki co! Uwielbiam ten zapach!

A Wy miałyście NR? 

Pozdrawiam!

Moje życie nabrało zapachu- czyli pierwsze woski Yankee Candle.

Cześć!

Od kilku tygodni chodziło to za mną, nie mogłam się powstrzymać, w końcu pękłam, to było silniejsze ode mnie. Zgrzeszyłam! Zakupiłam swoje pierwsze woski Yankee Candle. Już czuję, że to będzie moje uzależnienie, cudownie pachnące uzależnienie!
Nie mogłam się zdecydować gdzie kupić, w końcu wybrałam sklep internetowy Goodies, który z resztą bardzo polecam! Szybka i bezproblemowa wysyłka, bardzo dobrze zapakowany towar, kilka gratisowych podgrzewaczy i 10% rabatu na kolejne zakupy! Jestem bardzo na tak!
Zdecydowałam się na 6 wosków YC i kominek.


Już kiedy otworzyłam paczkę, którą wręczył mi kurier poczułam zapach cynamonu! Całe pudełko wypełnione było piankami, każda kolejna pachniała coraz intensywniej. Cały czas najbardziej czułam właśnie cynamon!

 W końcu dotarłam do 6 cudeniek! No i do kominka w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Jest śliczny, biały, ma wytłaczanie kwiaty i otworki w kształtach łezki.


Na początku zdziwiła mnie wielkość tart, na zdjęciach wyglądały na większe. Moja pierwsza myśl? "Pół godziny i po sprawie". Ale zobaczymy.

Jakie zapachy zamówiłam?


Midnight Jasmine, od pierwszego powąchania skojarzył mi się z odświeżaczem do powietrza. Zobaczymy jak będzie w trakcie palenia.


Vanilla Cupcake, lody waniliowe! Cudowne, waniliowe, słodkie... lody!


November Rain, pachnie bardzo męsko ale przyjemnie.


Fruit Fusion, najbardziej w tym wosku póki co czuję pomarańczę!


Cinnamon Stick, najintensywniejszy ze wszystkich.


Christmas Memories, pierniki! Nic dodać, nic ująć.

Dokładnie odnośnie każdego wosku wypowiem się jak już ich użyję. Chociaż jak tak na nie patrzę to mi szkoda, takie śliczne są!

Macie woski z YC? Jaki jest Wasz ulubiony?

Pozdrawiam!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...