Po prawie trzech tygodniach nieobecności Wasza ulubiona blogerka wraca! Skromność nie jest moją mocną stroną. ;D żartuję! Niemniej jednak z tym, że wracam nie żartuję.
Poniósł mnie melanż, a raczej serce i z tygodnia wakacji zrobiły się trzy. Wracam wypoczęta, szczęśliwa, zakochana i przede wszystkim wracam jako nie-singielka! <3 muszę przyznać, że mimo wszystko tęskniłam trochę za blogowaniem, za Wami i w ogóle, dlatego czym prędzej spieszę coś dla Was napisać. ;-)
Jakiś czas temu z racji przynależności do Klubu Elfa Pharm dostałam propozycję przetestowania peelingu solnego, zgodziłam się i kilka dni później do moich drzwi zapukał kurier w dłoni dzierżąc mój peeling. Mi trafiła się wersja z drzewem herbacianym i zieloną glinką.
Opakowanie to plastikowy słoik, który moim zdaniem nie jest dobrym rozwiązaniem jeśli chodzi o ten peeling, bo wiadomo, że kiedy się już peelingujemy i chcemy dołożyć trochę peelingu to mamy mokre dłonie a zważając na to, że sól przy kontakcie z wodą się rozpuszcza to no... wiadomo. ;-)
Zapach ma przepiękny! Trochę perfumowany, mocny i wydawałoby się duszący zwłaszcza kiedy peelingujemy się biorąc gorącą kąpiel, ale naprawdę przepiękny. Pachnie po prostu drzewem herbacianym.
Konsystencja gęsta, dość tłusta, ale przyjemna. Łatwo wykonać nim peeling. Jedyny minus to fakt, że bardzo szybko się rozpuszcza. ;-( więc przyjemność peelingowania nie trwa zbyt długo.
Najpierw zastosowałam go na dłonie i to co bardzo mi się spodobało to fakt, że oprócz wygładzenia, po spłukaniu towarzyszyło mi także uczucie nawilżenia.
W przypadku peelingu całego ciała to uczucie nie było tak wyraźne, ale także było. Skóra jest bardzo delikatna i nawilżona, gładkość o dziwo nie znika po wytarciu się ręcznikiem, lecz pozostaje jeszcze przez kilka godzin.
Moim zdaniem to bardzo fajny peeling jeśli potrzebujecie bardzo delikatnego złuszczania, dla wielbicieli mocniejszych wrażeń na pewno się nie nada.
PS Fakt iż otrzymałam produkt w ramach współpracy nie wpłynął na moją opinię ;-)
Jeden z włosowych ulubieńców. Green Pharmacy, szampon do włosów z rumiankiem lekarskim.
Nieśmiało witam się z Wami po tygodniowej nieobecności. Wstyd mi strasznie, że opuściłam się tak z postami, ale dopadł mnie jakiś kryzys. Mam nadzieję, że to chwilowe i niedługo znów będę pełna sił i chęci do tworzenia nowych postów dla Was.
Dzisiaj wykrzesałam z siebie resztki inwencji i postanowiłam napisać kilka słów o szamponie do włosów Green Pharmacy, tym razem z rumiankiem lekarskim.
Dopiero na zdjęciu zauważyłam, ze jest czymś uwalony ;< a już za ciemno na robienie nowych zdjęć, więc musicie mi to wybaczyć.
Więc... jestem ogromną fanką kosmetyków do włosów GP (no może oprócz pokrzywowego balsamu), dlatego też z chęcią sięgnęłam po ten wariant. Czego od niego oczekiwałam? W sumie tylko tego żeby dobrze się pienił, dobrze zmywał olej, nie plątał włosów i trochę je rozjaśniał.
Najbardziej obawiałam się zapachu, bo bądźmy szczerzy... fanką ziołowych zapachów to ja nie jestem, moje obawy okazały się być bezpodstawne, bo szampon pachnie bardzo ładnie, rumiankowo, ale przyjemnie.
Bardzo dobrze się pieni, wystarczy go niewielka ilość aby dobrze umyć całe włosy, oleje domywa bardzo dobrze, choć czasami robię tak jak zaleca producent i myję nim głowę dwa razy pod rząd.
To co mnie bardzo zaskoczyło to fakt, że nie plącze mi włosów! Już po samym myciu z łatwością mogę rozdzielić włosy palcami, są przyjemne w dotyku, bardzo mi się to podoba a niestety jest rzadkością w szamponach bez SLS. Czy włosy rozjaśnia? Muszę przyznać, że znacznie przyspiesza wypłukiwanie się farby. Używałam go kiedyś, kiedy chciałam nieco zejść z ciemnego brązu i teraz kiedy jestem przed samym farbowaniem i chcę wypłukać to co jeszcze mam na głowie by następny kolor wyszedł mi jaśniejszy.
Jestem bardzo zadowolona z jego działania i zapewne kupię ponownie, tym bardziej że cena zachęca, bo kosztuje około 8-9zł za 350ml.
Miałyście ten szampon? Jakieś inne lubicie? Ja poluję jeszcze na ten z arganem i granatem <3
Dzisiaj wykrzesałam z siebie resztki inwencji i postanowiłam napisać kilka słów o szamponie do włosów Green Pharmacy, tym razem z rumiankiem lekarskim.
Dopiero na zdjęciu zauważyłam, ze jest czymś uwalony ;< a już za ciemno na robienie nowych zdjęć, więc musicie mi to wybaczyć.
Więc... jestem ogromną fanką kosmetyków do włosów GP (no może oprócz pokrzywowego balsamu), dlatego też z chęcią sięgnęłam po ten wariant. Czego od niego oczekiwałam? W sumie tylko tego żeby dobrze się pienił, dobrze zmywał olej, nie plątał włosów i trochę je rozjaśniał.
Najbardziej obawiałam się zapachu, bo bądźmy szczerzy... fanką ziołowych zapachów to ja nie jestem, moje obawy okazały się być bezpodstawne, bo szampon pachnie bardzo ładnie, rumiankowo, ale przyjemnie.
Bardzo dobrze się pieni, wystarczy go niewielka ilość aby dobrze umyć całe włosy, oleje domywa bardzo dobrze, choć czasami robię tak jak zaleca producent i myję nim głowę dwa razy pod rząd.
To co mnie bardzo zaskoczyło to fakt, że nie plącze mi włosów! Już po samym myciu z łatwością mogę rozdzielić włosy palcami, są przyjemne w dotyku, bardzo mi się to podoba a niestety jest rzadkością w szamponach bez SLS. Czy włosy rozjaśnia? Muszę przyznać, że znacznie przyspiesza wypłukiwanie się farby. Używałam go kiedyś, kiedy chciałam nieco zejść z ciemnego brązu i teraz kiedy jestem przed samym farbowaniem i chcę wypłukać to co jeszcze mam na głowie by następny kolor wyszedł mi jaśniejszy.
Jestem bardzo zadowolona z jego działania i zapewne kupię ponownie, tym bardziej że cena zachęca, bo kosztuje około 8-9zł za 350ml.
Miałyście ten szampon? Jakieś inne lubicie? Ja poluję jeszcze na ten z arganem i granatem <3
Denko luty-maj 2014!
Denka jeszcze u mnie nie było, choć blog ma już prawie półtora roku ;-) postanowiłam jednak prowadzić tę serię na mojego bloga, bo wiem że cieszy się dużą popularnością. Sama lubię pooglądać jak idzie Wam zużywanie kosmetyków.
Z racji tego, że nie zużywam jakoś bardzo dużo kosmetyków miesięcznie, ba zużywam ich tyle co nic, postanowiłam robić denko raz na cztery miesiące. Niestety nie zdążyłam zbierać opakowań od początku roku, więc zaczniemy od lutego. Mam nadzieję w najbliższym czasie produkować więcej odpadów to może denko będzie pojawiać się częściej ;-) no ale do rzeczy!
Acha, będzie sporo zdjęć :D ostrzegam! Nazwa kosmetyków, które recenzowałam będzie podlinkowana i będzie miała kolor fioletowy, wystarczy kliknąć.
The Body Shop, masło do ciała malinowe - jest cudowne, pachnie obłędnie, jeszcze lepiej nawilża. Po prostu miłość! Czy kupię ponownie? Tak!
The Body Shop, masło do ciała papaya - kolejne masełko TBS, które kocham miłością wielką! Czy kupię ponownie? Tak!
Ziaja, Rebuild Odbudowa Skóry, Masło do ciała - miałam chyba dwa kosmetyki z tej serii, jeden był całkiem w porządku, ten.. taki sobie. Dodatkowo niezbyt fajnie pachniał. Czy kupię ponownie? Nie
Wellness & Beauty, kremowy płyn do kąpieli kakao i jojoba - Przeciętny płyn do kąpieli, powiedziałabym, że nawet poniżej przeciętnej. Inne zapachy kuszą, ale wiem, że długo się nimi nie nacieszę, więc odpuszczam. Czy kupię ponownie? Nie
Garnier, odżywka do włosów, Awokado i masło karite - Bezapelacyjnie moja ulubiona odżywka do spłukiwania. Ostatnio coś tam z nią konkurował balsam aloesowy Potter's, ale zdecydowanie AiK wygrywa! Czy kupię ponownie? Tak!
Laboratorium Pilomax, Henna Wax, Regenerująca maska do włosów ciemnych - To jeden z tych produktów, z którymi zupełnie się nie polubiłam. :-( nie mogłam się doczekać aż dobije dna, w końcu się jednak udało! Czy kupię ponownie? Nie
Be Beauty, krem do rąk, masło shea i olejek kokosowy - Ten krem kupiłam chyba sto lat temu, całkowicie o nim zapomniałam. Jednak pewnego dnia przypomniałam sobie i zaczęłam namiętnie używać. Bardzo fajny i tani, pewnie coś podobnego jest w Biedronce, bo tej wersji już niestety nie widziałam. :-( Czy kupię ponownie? Gdyby był dostępny to TAK!
Green Pharmacy, krem do rąk z aloesem - Produkt całkiem w porządku, jednak nie na tyle bym chciała go kupić drugi raz. Chętnie jednak wypróbuję innych wariantów. Czy kupię ponownie? Nie
Isana, bezacetonowy zmywacz do paznokci - Zmywacz to coś co idzie u mnie jak woda, szukałam czegoś bezacetonowego i trafiłam właśnie na ten zmywacz. Jest bardzo fajny, ale trochę wysusza skórki. Czy kupię ponownie? Nie wiem
Lovely, matujący top coat - Uwielbiam, uwielbiam i jeszcze raz uwielbiam! :-) jestem wielką fanką matowych paznokci, a ten top coat pozwala mi je mieć w dowolnym odcieniu! Czy kupię ponownie? Tak!
Essence, express dry drops - Bardzo fajny wysuszacz do lakieru, który chętnie bym popróbowała w całości. Póki co jednak mam inny no i lubię testować tego typu kosmetyki, więc nie wiem czy do niego wrócę. Czy kupię ponownie? Nie wiem
Be Beauty, płyn micelarny - mój pierwszy i jedyny micel jaki do tej pory używałam. Bardzo go lubię i mam ochotę wypróbować inne, ale pewnie i tak do niego wrócę, bo jest bardzo tani i spełnia swoje zadanie. ;-) Czy kupię ponownie? Tak!
Z racji tego, że nie zużywam jakoś bardzo dużo kosmetyków miesięcznie, ba zużywam ich tyle co nic, postanowiłam robić denko raz na cztery miesiące. Niestety nie zdążyłam zbierać opakowań od początku roku, więc zaczniemy od lutego. Mam nadzieję w najbliższym czasie produkować więcej odpadów to może denko będzie pojawiać się częściej ;-) no ale do rzeczy!
Acha, będzie sporo zdjęć :D ostrzegam! Nazwa kosmetyków, które recenzowałam będzie podlinkowana i będzie miała kolor fioletowy, wystarczy kliknąć.
The Body Shop, masło do ciała malinowe - jest cudowne, pachnie obłędnie, jeszcze lepiej nawilża. Po prostu miłość! Czy kupię ponownie? Tak!
The Body Shop, masło do ciała papaya - kolejne masełko TBS, które kocham miłością wielką! Czy kupię ponownie? Tak!
Ziaja, Rebuild Odbudowa Skóry, Masło do ciała - miałam chyba dwa kosmetyki z tej serii, jeden był całkiem w porządku, ten.. taki sobie. Dodatkowo niezbyt fajnie pachniał. Czy kupię ponownie? Nie
Facelle, płyn do higieny intymnej - Sama nie wiedziałam gdzie go umieścić, bo używam go zarówno zgodnie z przeznaczeniem, do mycia twarzy no i do włosów. Jednak postanowiłam wrzucić go do włosów, bo to właśnie na włosy idzie go najwięcej. Jak widać poszły dwie butelki. Muszę napisać o nim w końcu recenzję! Czy kupię ponownie? Tak!
Ufff! udało się, już dawno nie pisałam tak długo jednego posta, napisanie go zajęło mi prawie półtorej godziny. Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was na śmierć i dobrnęliście do samego końca. ;-)
Lubicie denkowe posty czy raczej nie?
Jak u Was zużycia w tym miesiącu? Mieliście jakieś kosmetyki, które zużyłam?
Balsamie o balsamie, czemuż nie robisz nic prawie? Balsam do włosów z pokrzywą zwyczajną, Green Pharmacy.
Bardzo lubię kosmetyki Green Pharmacy do włosów, większość rzeczy jakie miałam, a miałam sporo u mnie sprawdziły się świetnie. Jednak jak to często bywa w całej gamie cudowności musi trafić się coś nie do końca udanego. Takim nie do końca udanym produktem jest dla mnie balsam do włosów zniszczonych, łamliwych i osłabionych z pokrzywą zwyczajną.
Konsystencja balsamu jest bardzo przyjemna, dość rzadka, ale nie na tyle by spływała z dłoni. Bardzo przyjemnie aplikuje się produkt na włosy, który z nich nie spływa, włosy go szybko "piją". Zapach, tu mogłabym mówić tylko źle, bo o tyle o ile ziołowy zapach w innych specyfikach GP mnie nie drażni (no pomijając szampon przeciwłupieżowy :D), tak ten jest dość odrzucający i bardzo nachalny.
Kiedy użyłam go pierwszy raz już wiedziałam, że się nie polubimy. Byłam przyzwyczajona do tego, że już podczas nakładania odżywki/balsamu moje włosy miękły, stawały się delikatnie i łatwiej było je rozdzielić, w tym przypadku nic takiego nie miało miejsca. Moje włosy bardzo tego potrzebują z racji tego, że po większości myjadeł do włosów jakich używam są bardzo "tępe". Oprócz tego, że źle się nakłada to nie widzę żadnej poprawy stanu włosów po jego stosowaniu.
Znalazłam jednak dla niego zastosowanie i kładę go pod olej gdzie sprawdza się całkiem nieźle, mam wrażenie jakby wzmacniał działanie oleju. Tak więc sam w sobie marny z niego produkt, ale pod olej nadaje się idealnie.
W składzie ma silikon, ale z tych delikatniejszych, dający się zmyć łagodnym szamponem, ma też parafinę, ale oprócz tego znajdziemy też mocznik, oraz wyciąg z łodygi skrzypu polnego.
Jego cena to około 8zł za 300ml.
Lubicie kosmetyki Green Pharmacy? Mieliście ten balsam? A może polecacie jakieś inne od Green Pharmacy?
Konsystencja balsamu jest bardzo przyjemna, dość rzadka, ale nie na tyle by spływała z dłoni. Bardzo przyjemnie aplikuje się produkt na włosy, który z nich nie spływa, włosy go szybko "piją". Zapach, tu mogłabym mówić tylko źle, bo o tyle o ile ziołowy zapach w innych specyfikach GP mnie nie drażni (no pomijając szampon przeciwłupieżowy :D), tak ten jest dość odrzucający i bardzo nachalny.
Kiedy użyłam go pierwszy raz już wiedziałam, że się nie polubimy. Byłam przyzwyczajona do tego, że już podczas nakładania odżywki/balsamu moje włosy miękły, stawały się delikatnie i łatwiej było je rozdzielić, w tym przypadku nic takiego nie miało miejsca. Moje włosy bardzo tego potrzebują z racji tego, że po większości myjadeł do włosów jakich używam są bardzo "tępe". Oprócz tego, że źle się nakłada to nie widzę żadnej poprawy stanu włosów po jego stosowaniu.
Znalazłam jednak dla niego zastosowanie i kładę go pod olej gdzie sprawdza się całkiem nieźle, mam wrażenie jakby wzmacniał działanie oleju. Tak więc sam w sobie marny z niego produkt, ale pod olej nadaje się idealnie.
W składzie ma silikon, ale z tych delikatniejszych, dający się zmyć łagodnym szamponem, ma też parafinę, ale oprócz tego znajdziemy też mocznik, oraz wyciąg z łodygi skrzypu polnego.
Jego cena to około 8zł za 300ml.
Lubicie kosmetyki Green Pharmacy? Mieliście ten balsam? A może polecacie jakieś inne od Green Pharmacy?
Przyjemny, zdrowy kolega. Green Pharmacy, szampon z żeń-szeniem.
Witajcie moi Kochani.
Myślałam, że nie zacznę pisać tej notki, bo miałam mały problem ze zrobieniem zdjęcia, nie wiem czy to światło mi dzisiaj nie sprzyja czy ja mam zły dzień, ale ledwie co udało mi się zrobić zdjęcie jakiekolwiek. Skoro zdjęcie już jest to i notka powstać może.
Dzisiaj będzie o szamponie, z którym na pewno się polubiłam, ale nie do końca. Będzie to szampon Green Pharmacy, do włosów tłustych u nasady i suchych na końcach z żeń-szeniem.
Moim postanowieniem było nie pisać o opakowaniach produktów jakie recenzuję chyba, że są jakoś szczególnie wyjątkowe. Czytałam, że dużo dziewczyn nie lubi tak szczegółowych recenzji, poza tym opakowanie jakie jest widać nawet na zdjęciu, w przypadku tego szamponu muszę napisać, że uwielbiam opakowania Green Pharmacy! Bardzo podoba mi się całokształt, minimalizm etykiety, przezroczysta butelka dzięki której można kontrolować zużycie, jak dla mnie idealne!
Szampon pachnie ziołowo jak większość produktów GP, ale ten jest tak przyjemnie ziołowy, nawet powiedziałabym lekko słodki. Bardzo fajnie się pieni i dokładnie domywa nawet olej. Producent zaleca dwa razy użyć szampon, ale ja robię to tylko w przypadku olejowania. Jest bardzo wydajny, wystarczy naprawdę odrobina żeby dokładnie umyć całe włosy.
To co najbardziej w nim lubię to fakt, że nie pozostawia włosów tępych. niestety jest to cechą szamponów bez SLS, włosy są miękkie, łatwo się je rozczesuje (w moim przypadku rozdziela palcami).
Jednak nie do końca spełnił moje oczekiwania, moje włosy może nie są suche na końcach, ale zdecydowanie bardzo mocno przetłuszczają mi się u nasady, liczyłam, że szampon nieco zminimalizuje tę przykrą przypadłość, niestety, nie udało się.
No i skład, który chyba uległ zmianie od zeszłego roku. Tak jak producent obiecuje, SLSów nie ma, parabenów nie ma, ale jest silikon, który znajdziemy pod nazwą PEG-12 Dimthicone. Jest też panthenol. W składzie nie ma żadnych substancji alergizujących.
Chętnie kupię go ponownie, ale póki co zakupiłam jego brata z rumiankiem, zobaczymy czy spisze się równie dobrze jak ten.
Lubicie szampony z GP? Jaki jest Wasz ulubiony i dlaczego?
Pozdrawiam!
Myślałam, że nie zacznę pisać tej notki, bo miałam mały problem ze zrobieniem zdjęcia, nie wiem czy to światło mi dzisiaj nie sprzyja czy ja mam zły dzień, ale ledwie co udało mi się zrobić zdjęcie jakiekolwiek. Skoro zdjęcie już jest to i notka powstać może.
Dzisiaj będzie o szamponie, z którym na pewno się polubiłam, ale nie do końca. Będzie to szampon Green Pharmacy, do włosów tłustych u nasady i suchych na końcach z żeń-szeniem.
Szampon pachnie ziołowo jak większość produktów GP, ale ten jest tak przyjemnie ziołowy, nawet powiedziałabym lekko słodki. Bardzo fajnie się pieni i dokładnie domywa nawet olej. Producent zaleca dwa razy użyć szampon, ale ja robię to tylko w przypadku olejowania. Jest bardzo wydajny, wystarczy naprawdę odrobina żeby dokładnie umyć całe włosy.
To co najbardziej w nim lubię to fakt, że nie pozostawia włosów tępych. niestety jest to cechą szamponów bez SLS, włosy są miękkie, łatwo się je rozczesuje (w moim przypadku rozdziela palcami).
Jednak nie do końca spełnił moje oczekiwania, moje włosy może nie są suche na końcach, ale zdecydowanie bardzo mocno przetłuszczają mi się u nasady, liczyłam, że szampon nieco zminimalizuje tę przykrą przypadłość, niestety, nie udało się.
No i skład, który chyba uległ zmianie od zeszłego roku. Tak jak producent obiecuje, SLSów nie ma, parabenów nie ma, ale jest silikon, który znajdziemy pod nazwą PEG-12 Dimthicone. Jest też panthenol. W składzie nie ma żadnych substancji alergizujących.
Chętnie kupię go ponownie, ale póki co zakupiłam jego brata z rumiankiem, zobaczymy czy spisze się równie dobrze jak ten.
Lubicie szampony z GP? Jaki jest Wasz ulubiony i dlaczego?
Pozdrawiam!
Przyjazny dla portfela, przyjazny dla dłoni. Krem do rąk Green Pharmacy z aloesem.
Witajcie moi mili czytelnicy!
Miałam sobie dzisiaj notkę odpuścić, bo jestem w stanie niezdatnym do życia, w jakiej pozycji się znajdę w takiej zostaję na dłuższą chwilę, bo moje plecy odmówiły współpracy. Zdjęcia to była jakaś katorga, ale dałam radę, choć jakością to one nie grzeszą, ale co ma być widać to widać i niech będzie.
Jak wyżej widać dzisiaj będzie o kremie do rąk Green Pharmacy. O kremie, który wpadł mi w ręce całkiem przypadkiem przy okazji zakupów w Naturze. Tani był (4zł z groszami) no i zaciekawiło mnie to zmiękczanie. O tyle o ile całe dłonie jakoś nie są ani specjalnie wysuszone, ani nic z tych rzeczy to skórki dookoła paznokci mam bardzo twarde i w sumie z myślą o nich po ten krem sięgnęłam.
Opakowanie jak dla mnie jest trochę za duże, wolę kremy do rak nieco mniejsze, ten ma pojemność 100ml, ale tubka jest dość wąska i wysoka. Wolałabym coś bardziej zbitego, bo to i poręczne jest i łatwiej do torebki wrzucić (zawsze mam krem do rąk w torebce!). Kolejna rzecz, która teoretycznie mało ważna a jednak irytująca to sposób otwierania, zdecydowanie wygodniejszą formą byłoby zamknięcie na "klik" a nie odkręcanie.
Poza tym tubka jest miękka, łatwo wydobyć z niej krem i więcej zastrzeżeń nie posiadam co do samego opakowania.
Krem jak to krem do rąk, biały (jeszcze nie widziałam kolorowego kremu do rąk). Konsystencja dość zwarta, bardzo kremowa, delikatna. Dobrze się rozsmarowuje.
Produkt jest bardzo tłusty pewnie przez parafinę wysoko w składzie no i jak można się spodziewać zostawia okropny, tłusty film, który irytuje mnie w kremach do rąk najbardziej na świecie!
Nie wiem jak spisywałby się gdybym stosowała go jak radzi producent "po każdym umyciu rąk", ale kiedy stosuję go po mojemu (co 10 minut go w łapska wsmarowuje) sprawuje się bardzo dobrze, dłonie są miękkie, gładkie, skórki o których pisałam wyżej zdecydowanie miększe. Nawet po nocy krem nie znika, ręce cały czas są fajnie nawilżone i gładziutkie.
Zapach bardzo ziołowy, raczej z tych przyjemnych, na pewno nie duszący, nie drażniący. Miły dla nosa.
Oczywiście załączam skład dla ciekawych. Zaraz na drugim miejscu mamy parafinę, której to zawdzięczamy okropny, tłusty film. Oczywiście jakiś PEG nam się wcisnął. Znajdziemy też coś dobrego, jak sama nazwa kremu wskazuje jest aloes i to dość wysoko w składzie, który świetnie radzi sobie z suchą skórą, wspomaga także odbudowę nowych komórek, jest też wyciąg z arniki górskiej, która działa przeciwzapalnie.
Ogólnie skład nie jest bardzo mocno tragiczny gdyby nie ta zapychająca parafina.
Na pewno go skończę, ale kupić ponownie raczej nie kupię. Tłusty film go dyskwalifikuje.
Miałyście ten krem? Jakie kremy do rąk polecacie?
Pozdrawiam gorąco!
Miałam sobie dzisiaj notkę odpuścić, bo jestem w stanie niezdatnym do życia, w jakiej pozycji się znajdę w takiej zostaję na dłuższą chwilę, bo moje plecy odmówiły współpracy. Zdjęcia to była jakaś katorga, ale dałam radę, choć jakością to one nie grzeszą, ale co ma być widać to widać i niech będzie.
Jak wyżej widać dzisiaj będzie o kremie do rąk Green Pharmacy. O kremie, który wpadł mi w ręce całkiem przypadkiem przy okazji zakupów w Naturze. Tani był (4zł z groszami) no i zaciekawiło mnie to zmiękczanie. O tyle o ile całe dłonie jakoś nie są ani specjalnie wysuszone, ani nic z tych rzeczy to skórki dookoła paznokci mam bardzo twarde i w sumie z myślą o nich po ten krem sięgnęłam.
Opakowanie jak dla mnie jest trochę za duże, wolę kremy do rak nieco mniejsze, ten ma pojemność 100ml, ale tubka jest dość wąska i wysoka. Wolałabym coś bardziej zbitego, bo to i poręczne jest i łatwiej do torebki wrzucić (zawsze mam krem do rąk w torebce!). Kolejna rzecz, która teoretycznie mało ważna a jednak irytująca to sposób otwierania, zdecydowanie wygodniejszą formą byłoby zamknięcie na "klik" a nie odkręcanie.
Poza tym tubka jest miękka, łatwo wydobyć z niej krem i więcej zastrzeżeń nie posiadam co do samego opakowania.
Krem jak to krem do rąk, biały (jeszcze nie widziałam kolorowego kremu do rąk). Konsystencja dość zwarta, bardzo kremowa, delikatna. Dobrze się rozsmarowuje.
Produkt jest bardzo tłusty pewnie przez parafinę wysoko w składzie no i jak można się spodziewać zostawia okropny, tłusty film, który irytuje mnie w kremach do rąk najbardziej na świecie!
Nie wiem jak spisywałby się gdybym stosowała go jak radzi producent "po każdym umyciu rąk", ale kiedy stosuję go po mojemu (co 10 minut go w łapska wsmarowuje) sprawuje się bardzo dobrze, dłonie są miękkie, gładkie, skórki o których pisałam wyżej zdecydowanie miększe. Nawet po nocy krem nie znika, ręce cały czas są fajnie nawilżone i gładziutkie.
Zapach bardzo ziołowy, raczej z tych przyjemnych, na pewno nie duszący, nie drażniący. Miły dla nosa.
Oczywiście załączam skład dla ciekawych. Zaraz na drugim miejscu mamy parafinę, której to zawdzięczamy okropny, tłusty film. Oczywiście jakiś PEG nam się wcisnął. Znajdziemy też coś dobrego, jak sama nazwa kremu wskazuje jest aloes i to dość wysoko w składzie, który świetnie radzi sobie z suchą skórą, wspomaga także odbudowę nowych komórek, jest też wyciąg z arniki górskiej, która działa przeciwzapalnie.
Ogólnie skład nie jest bardzo mocno tragiczny gdyby nie ta zapychająca parafina.
Na pewno go skończę, ale kupić ponownie raczej nie kupię. Tłusty film go dyskwalifikuje.
Miałyście ten krem? Jakie kremy do rąk polecacie?
Pozdrawiam gorąco!
Subskrybuj:
Posty (Atom)











